jesteś 
 gościem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Ktoś powiedział mi, że moja dusza od dawna wędruje po świecie. Prawdopodobnie żyłam już bardzo wiele razy, przeszłam przez setki wcieleń w różnych epokach.
 
To może być prawda o mnie, bo odczuwam coś w rodzaju tęsknoty za dawnymi czasami. Współczesność mi zupełnie nie odpowiada. Ten cały pośpiech, zapierający dech postęp cywilizacyjny, pogoń za powierzchownymi sprawami. Jeśli wierzyć teorii o duszach, tęsknię za przeszłością, bo ją znam. Nie mam na myśli żadnej konkretnej epoki. Myślę (a może podsuwa mi to podświadomość), że kiedyś żyłoby mi się lepiej. Dziś najważniejsze są świecidełka. Nie ma we mnie na to zgody. Pewnie dlatego, mimo moich 28 lat, ciągle jestem buntowniczką. Oczywiście taki bunt nie ma sensu. Bo co można zrobić z rzeczywistością? Zmienić nie można, a bez zaakceptowania jej trudno żyć. To jeden z paradoksów mojego życia - ani zgoda na taki świat, ani zmienianie go nie są dla mnie dobre. Pierwsze musiałabym zrobić wbrew sobie, a drugiego zrobić się nie da. Pozostaje jeszcze izolacja od świata. Przeczuwam, że życic gdzieś w Bieszczadach, w odosobnieniu lub tylko z najbliższymi musi być czymś świetnym. Ale do tego trzeba lubić siebie. Inaczej życie, w którym samemu trzeba starczać sobie za całe towarzystwo, może doprowadzić do obłędu. Znów nie dla mnie.
 
Jestem niezbyt przyjaźnie do siebie nastawiona. Istnieje pogląd, że osoby wystawiające się na widok publiczny mają wysoką samoocenę. Myślą: jestem taki zjawiskowy, inni też powinni to zobaczyć. Ja wychodzę na scenę, żeby się upewnić, że nie jestem beznadziejna. Chcę, żeby ktoś powiedział, że jestem fajna, skoro sama nie mogę tego o sobie powiedzieć. Pokazywanie się to dla mnie rodzaj terapii. Seanse u specjalisty są drogie i wymagają oddania swojego losu w ręce jednej osoby. Na to jestem zbyt nieufna. Akceptacja fanów leczy mnie z ciągłego wątpienia w siebie. Nastrój mi się podnosi, ale trwa to tylko chwilę. Potem trzeba wrócić do domu i przy wieczornej toalecie dojść do tego samego wniosku, który pojawił się rano - że wcale nie jest za dobrze.
 
Fakt, że sama siebie nie zadowalam, męczy mnie, ale bywa też mobilizujący. Bo zmusza do ciągłego szukania nowej drogi do siebie. To, co powstało, nie satysfakcjonuje mnie, więc robię coś nowego. Nie wiem, skąd to się wzięło. W ogóle nie wiem, skąd bierze się charakter. Może z tym się urodziłam, a może spotykałam w życiu zbyt przebojowe, przytłaczające osoby i dałam się wpędzić w kompleksy. Może po prostu tak zostałam wychowana. To się nazwa chłodny chów. Wydawało mi się, że nigdy nie byłam wystarczająco fajna dla moich rodziców. Byłam jedynaczką, a oni bardzo dbali, aby z tego powodu nie przewróciło mi się w głowie. Można powiedzieć, że udało im się aż za dobrze.
 
Nie lubię współczesności, a biorę aktywny udział w popkulturze, która jest typowym produktem naszych czasów. Nikt nie chce uwierzyć, ale to stało się przez przypadek. Nie dążyłam do tego. Chciałam po prostu nagrać płytę. Dla moich rodziców śpiewanie w zespole jako mój sposób na życic to była prawdziwa katastrofa. Wydawało mi się, że płyta to zmieni. Nie jakaś demówka, ale prawdziwa płyta wydana przez profesjonalistów. Myślałam o tym, że mama i tato wejdą do sklepu muzycznego mojej cioci, zobaczą na półce tę płytę i zaakceptują mój wybór. To się zresztą udało, ale wystarczyło na krótko. Potrzebne byty kolejne płyty. Kiedy jakiś czas temu podjęliśmy z zespołem decyzję o wycofaniu się z życia publicznego, moja mama była poważnie zaniepokojona, że nie widać mnie w telewizji. Na szczęście zrozumiałam już, że wizja na mój temat, jaką mają moi rodzice, to wyłącznie ich problem. To, co robię, robię dla siebie.
 
Nie szukałam popularności. Ona spadła na mnie po tym, jak wydaliśmy pierwszą płytę. To całe zamieszanie, tłumy na koncertach, to się po prostu stało. Zupełnie poza moją kontrolą. Mimo ciemnych stron bycia piosenkarką, lubię to. Choć za takie życie ponosi się spore koszty psychiczne. Boję się na przykład, że przestaję być panem swojego losu. Siedzę spokojnie w domu, podczas gdy wielu ludzi czyta o mnie, myśli, słucha mojej muzyki. Jestem obecna w umysłach zupełnie obcych ludzi. Nie wiem, w jaki sposób ten przekaz może na nich wpływać. Przeraża mnie, że mogę funkcjonować poza sobą.
 
Ludziom znanym odmawia się prawa do normalnego reagowania. Każdy ich gest, słowo, reakcja zostaje zwielokrotnione. Wszystko się roztrząsa. To przykre, że o moim rozstaniu z partnerem każdy mógł przeczytać w gazetach. W sytuacji, kiedy każdy zwykły śmiertelnik reaguje agresją, mój wybuch gniewu kwituje się krótko: zblazowana gwiazda, sodówka jej do głowy uderzyła. Nawet wizyta u lekarza to dla mnie większy stres niż dla innych, bo on też nie patrzy jak na normalną pacjentkę. To bardzo mi przeszkadza, bo jestem do bólu zwykła. Żyję normalnie. Jem zwykłe rzeczy, ubieram się normalnie, w normalny sposób wychowuję syna. Boję się, że gdy podrośnie, pójdzie do szkoły i będzie miał częstsze kontakty z rówieśnikami, jakoś się na nim odbije skażenie moją osobą. Na razie jestem dla niego po prostu mamą.
 
Znam wiele osób, które poczuły się tak dowartościowane sukcesem i popularnością, że zaczęły inaczej żyć. Nie pokazują się dwa razy w tym samym ubraniu, na scenie zawsze wkładają coś "niezwykłego", wypada im używać tylko luksusowych kosmetyków. Ja nie czuję się do niczego takiego zobowiązana.
 
Gdybym miała określić jakoś mój stosunek do świata, powiedziałabym, że jestem wyjątkowo oszołomiona. Brak mi dystansu, rozeznania, w co warto się zaangażować, a co lepiej ominąć. Nie umiem odmawiać. Łatwiej przychodzi mi wymyślanie nieprawdziwych wymówek niż mówienie wprost "nie". Jest we mnie strach, że jeśli komuś czegoś odmówię, to ten ktoś na pewno przestanie mnie lubić. A jeżeli jestem z gruntu dobrym człowiekiem, to dlaczego ktoś miałby coś złego o mnie pomyśleć. Dopiero niedawno zaakceptowałam fakt, że nie wszyscy muszą mnie lubić.
 
 
spisała: Marta Mikiel
 
 
Copyright © 2001 - 2018 | Designed by Wankom                   
stat4u