jesteś 
 gościem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
IMIĘ l NAZWISKO: Mam na imię Kaśka. Na płycie solowej jest napisane tylko Nosowska, gdyż dla mnie "Katarzyna Nosowska - płyta solowa" brzmi tak, jakbym myślała, że jestem mistrzynią świata. Natomiast "Kasia Nosowska" to takie przypochlebianie się. Mówcie do mnie: Kasia. Nosowska to jest Nosowska i koniec.
 
WIEK: 25 lat
 
KOLOR OCZU: Na okładce płyty "?" - zielone, w dowodzie - niebieskie, a tak naprawdę szaroniebieskie z żółtymi plamkami.
 
KOLOR WŁOSÓW: Pillar box red, czyli czerwień skrzynki pocztowej.
 
ZNAK ZODIAKU: Panna
 
ULUBIONY PISARZ: Fascynuje mnie Henry Miller, choć nie wiem, czy powinnam tak się nim zachwycać, ponieważ gardził kobietami. Lubię też Jonathana Carolla, choć nie jestem wobec niego bezkrytyczna.
 
MUZYKA: Uwielbiam wokalistkę P. J. Harvey. Sama sobie komponuje, śpiewa super, ma silną osobowość. Słucham wielu rzeczy, nie stronię od muzyki poważnej i filmowej.
 
NIE CIERPIĘ: Krytyków. Nie można powiedzieć komuś, że jest beznadziejny lub że jego twórczość nie jest sztuką, jeśli on włożył w to kawałek siebie. Pamiętam, że ryczałam jak wół po każdej złej recenzji. Dziś, jeśli czuję, że odwaliłam kawał dobrej roboty, to mi wystarcza. Nie wszystko musi się każdemu podobać.
 
ULUBIONE ZWIERZĘ: Pies Gordon (imię od nazwy dżinu), rasy kundel duży. Przyjechał do nas ze schroniska. Jest o nim piosenka na nowej płycie. Śpiewam o psie, który przymierza moje ciuchy i zachowuje się jak prawdziwy człowiek tylko wtedy, gdy nas nie ma.
 
KOLOR: Czarny, bo kiedy nie mogę wykombinować nic do ubrania, wkładam coś czarnego i czuję się w tym dobrze. A dla dziecka? Akceptuję wszystkie kolory z wyjątkiem różu. Mój synek zamiast starodawnych białych śpiochów z falbankami nosi czerwone bawełniane bluzy, ma maleńką bluzę z kapturkiem, taką zupełnie jak dla dorosłego. Lubię go też w granatowym.
 
NAGRANE ALBUMY: Z zespołem Hey: "Fire", "Ho!", "Live", "?" oraz "Mini Album"; solowe: singel "Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć" i "Puk puk".
 
TO, CO NAJWAŻNIEJSZE: W tej chwili rodzina: dziecko, mój pan, mamo, tata i teściowie. Chyba już zawsze będą najważniejsi. To, co chciałabym zawsze mieć - to zdrowie.
 
TRIO Jeszcze dwa lata temu byłam przeciwna zakładaniu rodziny. Deklarowałam: ja i rodzina, o nie! Mam na świecie inne rzeczy do zrobienia. Później trochę złagodniałam, zaczęłam dopuszczać do siebie myśl, że chciałabym ją mieć. l nagle okazało się, że to już. Nie ukrywam, że była to przypadkowa sprawa. Nie zaplanowaliśmy z Adamem dziecka, brzydko mówiąc - był to "wypadek przy pracy". Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, nie było nawet mowy o tym, żeby robić jakąś krzywdę jemu i sobie, wiedziałam, że muszę przyjąć to z godnością. Później dopiero pomyślałam: kurczę, przecież ja się chyba cieszę! Może dlatego, że dziecko pojawiło się w momencie dość krytycznym dla zespołu.
Na początku trochę się bałam. Nie tego, że zaprzepasz-czę swoją karierę, czego wszyscy się obawiali. Mówili: To już koniec wszystkiego! Na trzy lata jesteś kompletnie wyłą-czona z życia. Ja zastanawiałam się czy dam sobie radę, czy mam na tyle poukładane w głowie i czy posiadam środki, aby być matką. Potem opętał mnie paranoiczny lęk: czy dziecko na pewno będzie zdrowe? Jestem z natury hipochondryczką - w sobie i innych doszukuję się tysiąca chorób.
Wkrótce wyjechaliśmy w trasę koncertową po 31 miastach Polski. Znosiłam ją zupełnie spoko. Bardzo mi się podobało, jak byłam w ciąży, bo wszyscy o mnie dbali, nie można było palić w samochodzie. Nie miałam żadnych dolegliwości.
 
Błogosławiona zmieniam się
w istotę piękną w brzydocie swej
i z dumą dźwigam przed sobą brzuch
na umęczonych ciężarem stopach
strojna w różowych rozstępów ornamenty
z radością oczekuję
ścierając krople z nabrzmiałych mlekiem piersi
z pokorą czekam
 
Brzuch byt nienaturalnie wielki. Wyglądałam makabrycznie, a ludzie gapili się na ulicy myśląc: Jak można taszczyć przed sobą coś tak olbrzymiego?
W czasie ciąży uwielbiałam ciasteczka, co niestety pozostało mi do dzisiaj. Mama Adama piekła fantastyczny sernik. Potrafiłam zjeść blachę tego sernika. Kosmos. Zawsze lubiłam tradycyjne jedzenie: zupy, ziemniaki, aż tu nagle odkryłam w sobie miłość do słodyczy.
 
Obraziłam się na świat
nie mieszkam tam gdzie dawniej
od miesiąca mym domem jest lodówka
lubię jeść więc mało jest miejsc
gdzie mogłabym czuć się szczęśliwsza
 
Chodziliśmy z Adamem do szkoły rodzenia. Nikt nas tam nie oszukiwał, że poród to pestka, że nie boli. Bardzo chciałam, żeby Adam był przy porodzie. Dlatego przygotowywaliśmy się razem. W szkole duży nacisk kładziono na psychikę kobiety i dziecka. Mówiono nam, że dziecko już w łonie kobiety wiele odczuwa i można przekazać mu pozytywną energię dotykając brzucha czy myśląc o nim. Czasami więc coś mu opowiadałam, mówiłam, że czekamy na niego.
 
Z ciekawością nasłuchuję
jak nasze tętna splatają się w warkocze
i czekam aż na grzbietach fal
płodowych wód spłyniesz
prosto w me dłonie.
 
Zawsze byłam niewytrzymała na ból. Przed porodem myślałam, że umrę. Aż tu nagle czekam. Rodzę. Są bóle, ale ja cięgle czekam na jeszcze większe. Nagle okazuje się, że to już koniec. Byłam strasznie zaskoczona! Zniosłam wszystko jak stara hippiska. Po prostu siedziałam w fotelu skupiona i sobie oddychałam. Mikołaj przyszedł na świat 22 maja o 22.55 i ważył 4,75 kg.
Dokładnie wszystko było tak, jak sobie wymarzyłam: późny wieczór. Nie mogłam sobie też wyobrazić, żebym brała udział w takim mistycznym wydarzeniu o godzinie 10.30 rano czy też o 14.20. To właśnie wieczór jest najlepszy do tego, żeby się artystycznie wyżywać.
Był śmieszny, po prostu bombowy: potwornie gruby na buzi, praktycznie nie miał oczu, tylko dwie szparki jak Chińczyk i do tego nosek jak kartofelek. Wyglądał jak bokser tuż po walce. Nigdy nie marzyłam o tym, aby mieć piękne dziecko, ale dla mnie jest najśliczniejszy. Po porodzie nie spałam. Jezus, cały czas tylko gapiłam się na dziecko. On starcza za telewizor, on nas wciąż czymś zaskakuje.
Teraz zaczniemy grać koncerty. Chcę znów poczuć dreszczyk emocji. Będę z dzieckiem jeździła. Największą tragedią w moim życiu będzie moment, kiedy będę musiała odstawić Mikołaja od piersi. Chcę, żeby był zdrowy, a wiem, że pierś to zdrowie dziecka. W roli opiekuna będzie jeździł z nami tatuś Mikołaja. Koncerty trwają zwykle półtorej godziny. Przez ten czas dziecko będzie z Adamem, a potem będę wracać do hotelu, karmić je i znowu wszyscy będziemy razem.
Mikołaj jest dzieckiem super. Wie, że w nocy trzeba spać. Uwielbia, kiedy rano wstaję: cały się pręży, ekscytuje, rzuca nóżkami, bo czeka na jedzonko. Kiedy zasypia, śpiewam mu smutne pieśni kościelne, bo bardzo odpowiada mi ich klimat.
Na początku stresowałam się, czy dziecko nie weźmie mi za złe tego, że będzie żyło na walizkach. Bo będzie. Nie mogłabym zostawić go na dwa tygodnie. Serce by mi pękło. Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby było tak jak w moim domu. Do ojca mówiłam "pan", bo był marynarzem i przez rok nie było go w domu. Chcę, żeby moje dziecko zawsze mnie poznawało. To położna wytłumaczyła mi, że gdyby dziecko miało prowadzić ustabilizowany tryb życia, nie urodziłoby się nam, lecz rodzinie jakichś Kowalskich. A ono jest u nas. Jakby w posagu otrzymuje od nas podróże.
Czasem sobie myślę, że Mikołaj ma fajnych, wyluzowanych rodziców. Nie jestem jakąś pańcią, która urodziła dziecko i nagle zdziadziała. Nie wiem natomiast czy mam takie podejście do życia, które można przekazywać młodej istocie. Ważne jest - i to zrozumiałam w szkole rodzenia - że dziecko nie jest mi dane na własność. Nie urodziło się po to, aby zaspokajać moje kaprysy, aspiracje. To samodzielnie myśląca istota. Nie mam prawa narzucać jej swojego sposobu myślenia, mogę mu tylko pewne rzeczy naświetlić.
Właściwie nie wiem, jak się wychowuje dzieci. Będę się dopiero tego uczyła. Ale chciałabym w rozsądnych granicach zaufać dziecku. Moi rodzice nie do końca mi ufali. W domu trzymano mnie raczej krótko i chroniono, bo byłam jedynaczką. Nie chcę, żeby mój synek był jedynakiem, ponieważ trudno jest samemu dorastać. W pewnym momencie rodzice bardzo bali się, żebym nie wpadła w narkotyki, ale ja sama się ich panicznie bałam. Zresztą naczytałam się książek w rodzaju "Dzieci z dworca Zoo", które skutecznie mnie od tego odstraszyły.
Uważam, że jestem dobrze wychowana, chociaż w dużym stopniu sama się wychowałam. Kiedy byłam w ciąży, uświadomiłam sobie, że niewiele znaczę bez Boga. Powierzyłam Mu bardzo dużo: siebie i całe moje życie. Nie po to jednak, aby mieć fajnie w życiu. Zaakceptowałam też fakt, że może dać mi w życiu nauczkę, boleśnie mnie doświadczyć. Widocznie to ma sens. Jeśli Bóg będzie chciał, abym miała dobrze w życiu - wszystko poukłada super, nawet nie spostrzegę kiedy.
 
DUET Z Adamem nie mamy ślubu. Mieszkamy w centrum Warszawy, przy jednej z najbardziej ruchliwych ulic. To nie jest mieszkanie, jakie chciałabym mieć. Smród, okien nie ma co myć, bo natychmiast robią się czarne, nie ma gdzie pójść z dzieckiem na spacer. Afera! Zastanawiałam się, czy nie wrócić do rodzinnego Szczecina. Zawsze wariuję, gdy wjeżdżam do tego miasta, bardzo je lubię. Marzę jednak o własnym domku z ogródkiem. Może to banalne, ale chciałabym, bo do trzydziestki zamierzam mieć już trójkę dzieci! Nie wyobrażam więc sobie, że będziemy się dusić w jakimś paskudnym blokowcu.
Czym zajmuje się Adam? Tu jest problem. Adam zabronił mi mówić o sobie. Myślę, że to w pewnym sensie słuszne. Choć z czasem kobieta z mężczyzną wymieniają się rolami, jednak każdy pan ma głęboko zakodowane w podświadomości, że nie chce występować w roli męża swej kobiety. Adam też nie chce, żeby ludzie mówili: To jest ten koleś od Nosowskiej! Mam obowiązek uchronić go od tego. Ma jeszcze dużo czasu, żeby zapracować na swą osobę, żeby ktoś postrzegał go jako tego Adama Krajewskiego, który coś robi, a nie tylko jest ojcem mojego dziecka i moim mężczyzną. Adam jest ode mnie o 4 lata młodszy, ma 21 lat, a nie jak krążą plotki 19.
 
SOLO Wszystko się zbiegło. Piotr Banach (gitara, muzyka w Hey), który zawsze składał pokłon w stronę natury, Indian, nagle kupił sobie komputer i oszalał na jego punkcie. Ja także jestem romantyczna. Odstręczały mnie zawsze te kabelki, całe zamieszanie wokół komputerów, fakt, że maszyna jest mądrzejsza od człowieka. Buntowałam się: wkrótce nie będzie poetów, ludzie przestaną ze sobą rozmawiać, tworzyć, nie będzie miłości, bo wszyscy będą porozumiewać się za pomocą Internetu. Ale przy całej mojej niechęci do komputerów okazało się, że komputer może stworzyć coś całkiem fajnego. Nagrałam solową płytę. Gra na niej automat perkusyjny, oprócz tego dodaliśmy gitary, fortepian, flet, jakąś dziwną fujarkę, kontrabas, ale tylko do smaczku. Teksty powstawały, kiedy byłam w ciąży i po urodzeniu Mikołaja. Koleżanki śmiały się: Jesteś jakaś nakręcona, żyjesz jak oszołom. Zamiast odpoczywać po porodzie, wstałam, po tygodniu byłam już w studiu nagraniowym, a potem z Mikołajem nad jeziorem. Teraz myślę już o graniu koncertów solowych. Będą to raczej - nie cierpię tego słowa, bo tylko snoby go używają performance, z wyświetlanymi slajdami.
Chciałabym też napisać tekst o młodych dziewczynach, które się puszczają. Napisałam w jednej z piosenek, że znam kobiety "tak bardzo pragnące miłości, że pozwalają swymi świeżo umytymi włosami wymiatać z kątów kurz". To mniej więcej to samo. W ostatniej zwrotce śpiewam, że "znam też córki tych kobiet, które pozwalają rozpruwać swą niewinność na parapetach nocnych klubów."
Widzę czasami naprawdę śliczne i fajne dziewczyny, lecz bardzo młodziutkie, które dla wątpliwej, moim zdaniem, przyjemności spędzenia fragmentu nocy z jakimś rockowcem, pozwalają się dotykać itd... Dla mnie to strasznie przykre. Nie twierdzę, że trzeba być dziewicą do 30 roku życia. Nie jest wstydliwe fascynować się 300 razy w roku, za każdym razem innym mężczyzną, ale to powinno mieć jakiś sens. Musi to być takie, żeby nie trzeba się było tego wstydzić i żałować. I trzeba wymagać dla siebie szacunku. Pod tym względem jestem feministką. Uważam, że jest pięknie być z mężczyzną, natomiast nie mogę sobie pozwolić, aby mężczyzna, któremu ofiarowałam coś cennego, na drugi dzień już zapomniał lub drwił sobie z kolegami ze mnie.
 
KWINTET Nie odeszłam od Heya. Zresztą nie mogłabym odejść, bo - może to zabrzmi patetycznie - Hey to moje życie i zawdzięczam mu wszystko. Gdyby nie fakt, że cztery lata temu zaufałam Piotrkowi Banachowi, postanowiłam rzucić pracę, miasto... Miałam papierkową robotę, wklepywałam dane do komputera. Było wtedy bardzo trudno znaleźć pracę. Trzeba było mieć skończone studia lub kursy specjalistyczne. Miałam tylko maturę. Po znajomości mama załatwiła mi etat, co kosztowało ją wiele zachodu. Ja zdecydowałam się po roku rzucić pracę i postawiłam wszystko na jedną kartę. Nie mogę sobie teraz wyobrazić, jak wyglądałoby moje życie, gdybym tego nie zrobiła. Byłoby beznadziejne.
W styczniu zaczniemy nagrywać piątą płytę na piątą rocznicę istnienia zespołu. Będziemy grać koncerty, ale bez żadnej afery, żeby nie mówili w telewizorze: "O, zespół Hey wyruszył w trasę!" Żadnych napompowanych tras, jak to było dwa lata temu, kiedy ludzie byli już zakatowani Heyem. Nasza piątka stała się jakimś gigantycznym monstrum - wielkie koncerty, światła, plakaty. Brakowało, żebyśmy helikopterem sfruwali na koncert. Próbowano nas wtłoczyć w jakieś Michael - Jacksonowe akcje, robiono z nas gwiazdy w najgorszym tego słowa znaczeniu. Byliśmy zmęczeni sytuacją, bo nie jesteśmy żadnymi osobami. Gdybym ja była taką osobą: co tydzień manicure, samochody, drogie łaszki, fatałaszki i szmatki, gdybym miała w pogardzie cały świat i myślała, że jestem najfajniejsza, to mogłabym sfruwać helikopterem i to by do mnie pasowało. Ale ja tak nie mogę. Nigdy nie będę mogła mieć nawet drogiego samochodu - wstydziłabym się nim jeździć. Wydaje mi się, że głupio jest wysiąść na mieście, gdzie ludzie chodzą z siatkami, z jakiegoś szpanerskiego wozu. Najważniejsze, żeby zawsze być sobą.
 
 
wysłuchała: Izabela Leszczyńska
 
 
Copyright © 2001 - 2018 | Designed by Wankom                   
stat4u