jesteś 
 gościem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Bardzo zaskoczyła swoją pierwszą solową płytą. Podpora rockowego zespołu numer 1 w kraju wdała się w flirt z muzyką elektroniczną. Teraz przedstawia nam Milenę - kontynuację eksperymentu. I trzeba przyznać, że wyśmienicie się już w nowych klimatach czuje. Nie straciła jednak duszy: Milena nie jest tym, czym się wydaje.
 
Przyznaj się: czy pierwsza płyta miała być jednorazowym projektem, czy od początku myślałaś o kontynuacji?
"Puk puk" naprawdę miało być jednorazowym przedsięwzięciem. Akurat miałam wtedy sporo wolnego czasu: urodziłam dziecko, Hey nic nie robił... Zapragnęłam spróbować czegoś innego, pod względem muzycznym. Rezultat okazał się fajny, więc postanowiłam rzecz kontynuować. Poza tym... Zawsze mi się wydawało, że jestem potwornie uzależniona od Heya. W przypadku "Puk puk" również pracowałam z Piotrkiem. A na "Milenie" zrobił on tylko jedną piosenkę i w ogóle nie pokazywał się w studiu. Miałam okazję nagrać cala dużą płytę z osobami z zewnątrz. Zawsze mi się wydawało, że wstydzę się śpiewać, tworzyć z innymi ludźmi. Tu jakoś to przezwyciężyłam.
Dlaczego Piotrek ma tak mały udział w powstawaniu Mileny? Świetnie się przecież uzupełnialiście, w jakimś wywiadzie padło nawet porównanie do Ying i Yang... Czy zabrakło mu czasu, odkąd zajął się swoim nowym zespołem?
To raz, a poza tym zaobserwowałam delikatne zmęczenie materiału. Wydaje mi się, że po tylu latach współpracy trochę go ograniczałam. Wystarczy spojrzeć, jak on się teraz czuje, jakie pomysły przychodzą mu do głowy. Piotrek totalnie odżył. On w pełni rozkwita, kiedy robi coś świeżego, kiedy ma nowy cel. Być może tak się teraz w gwiazdach ułożyło, że musieliśmy się skoncentrować na osobnych projektach.
Milena jest bardzo żywa, szybsza od Puk puk. Na siedem utworów, których miałem okazję posłuchać, tylko jeden przypomina dawny, nastrojowy klimat. Skąd ta zmiana?
To właśnie efekt tego, że nad całością czuwała inna osoba. Tam byt Piotr Banach, tu jest Andrzej Smolik. Każdy z nich posługuje się innymi brzmieniami, ma inne podejście do pracy, inne rzeczy podobają im się w muzyce. To słychać. A ja się z takiego rezultatu cieszę. Bardzo kocham płytę "Puk puk ", ale z nią był straszny problem na koncertach. Ludzie w ogóle, nie wiedzieli, co ze sobą począć. To była płyta do słuchania w domu. I to słuchania w samotności. Mam nadzieję, że nowy materiał sprawdzi się na żywo, przynajmniej można przy nim nogą tupnąć...
Na warszawskim koncercie trasy Puk puk widziałem dwie różne reakcje widzów. Jedna to słuchanie w skupieniu osób, które wiedziały, po co przyszły. Ale była też druga - w mniejszości co prawda - gdzie padały głupawe komentarze, na przykład na temat koloru twoich włosów...
Wydawało mi się, że już jako Hey daliśmy wyraźny sygnał, że jesteśmy starsi, że chcemy się porozumiewać na innej płaszczyźnie. W bardziej dorosły sposób. A tu nic: wyruszyłam na trasę "Puk puk" i było mi smutno. Przecież tej kotary, tych slajdów nie zrobiłam dla siebie. Ja przez cały koncert jestem jednakowo ubrana, stoję właściwie w miejscu... Chyba lepiej patrzeć na slajdy niż bez przerwy na mnie. Chcieliśmy, żeby ludziom było miło. Włożyliśmy sporo wysiłku, żeby te koncerty wyglądały atrakcyjnie. I wiele osób to doceniło - później dostawałam listy, że było świetnie... Ale w paru miejscach ludzie podarli nam zasłonę na zasadzie: po co nam te cholerne slajdy, my chcemy dotknąć artystów. Ja wiem, że oni nie chcieli źle, lecz jest mi przykro...
Ale chyba dokonał się już pewien odsiew fanów, mówię też o Heyu. Zostali wam raczej świadomi zwolennicy - odeszli ci, których interesowały przede wszystkim wasze włosy... Oni mają teraz dla siebie inne rzeczy.
Kilka osób obraziło się na nas za to, że nie jesteśmy już tacy, jak kiedyś. Bo kiedyś nie lubiłam mężczyzn, a teraz mam męża i syna, i jeszcze mówię, że mi się to podoba. A poza tym nie chodzę już w swetrach powyciąganych... Jakie to ma znaczenie? Nie mogę tego w ogóle zrozumieć! Nie ma czegoś takiego, jak stałe poglądy. Przytrafiają się w życiu sytuacje, które w ciągu sekundy potrafią totalnie zmienić nasze patrzenie na świat. Ja na przykład twierdziłam kiedyś, że nie byłabym w stanie zrobić krzywdy drugiemu człowiekowi. A teraz wiem, że w obronie dziecka byłabym w stanie zabić. I jest to dla mnie przerażające. Kiedyś wydawało mi się, że nigdy nie będę miała dzieci, że nie nadaje się na matkę. I jak życie ze mnie zakpiło...
Właśnie: jak się sprawdzasz w nowej roli? Jak różnią się twoje wyobrażenia o wychowywaniu dziecka przed i po jego urodzeniu?
Życie mi pokaże, jak się sprawdzam, synek mi kiedyś wystawi cenzurkę. Dopiero uczę się wychowywać, to jest trudne. Ale takie czynności, jak pielęgnacja dziecka, opieka nad nim, są prostsze niż myślałam. Mikołaj jest zresztą wyjątkowym dzieckiem. Mama mówiła mi, że ja od urodzenia do trzeciego miesiąca życia darłam się bez przerwy. Dzień i noc. Przerywałam tylko, kiedy miałam butelkę w buzi, A on? Skończył miesiąc i spał całą noc.
A czy mały rozwija się już muzycznie? Świadomie odbiera dźwięki?
Pewnie. Kompletnie zwariował na punkcie perkusji. Adam ma zestaw w jednym pokoju i kiedy gra, Mikołaj wali do drzwi, chce się przyłączyć. Adam bierze go na kolana, daje mu pałki i on sobie stuka. Lubi też pobrzdąkać na gitarze... Myślę, że ma słuch.
Preferencje stylistyczne?
Na pewno nie lubi słuchać mnie. Nie cierpi po prostu. To jest jakiś odjazd w ogóle (śmiech) Nawet jak w domu zaczynam śpiewać, to mnie strofuje...
Wróćmy do płyty: słychać tu bogatszą, niż na Puk puk aranżację, mnóstwo elektronicznych smaczków. Czy potrafisz się już swobodnie poruszać w świecie komputerów?
Nadal nie bardzo się na tym znam. Jestem w ogóle romantycznym typem, mnie komputer przeraża. Natomiast uważam, że potrafi być niesamowicie przydatny - te efekty, brzmienia... Podobało mi się, jak chłopaki wykorzystywali to w studiu.
Elektroniczne brzmienia przeniknęły też na ostatnią płytę Heya. Czy to oznacza twój stopniowy odwrót od rocka?
Nie, absolutnie. Muzyka rockowa to podstawa, wszystko się z niej wywodzi. To jest potęga i ona wróci. Po prostu teraz z ludźmi dzieje się coś dziwnego. Moja koleżanka powiedziała ważną rzecz, z którą się zgadzam: ludzie w dzisiejszych czasach nie chcą się męczyć. Również muzycy - teraz nie muszą się uczyć grać na instrumencie, nie muszą się uczyć kontaktu z innymi ludźmi w zespole. Przy komputerze można siąść samemu w domu.
Ale przyczyniasz się przecież wydatnie do rozkwitu nurtu...
Ja mam rockową duszę i to jest najważniejsze. Staram się grać takie rzeczy, wkładając w nie rockową wrażliwość. Podobali mi się Chemical Brothers, Prodigy... Ale kiedy usłyszałam nową płytę Radiohead to po prostu zwariowałam. Nie słyszałam nic piękniejszego od bardzo długiego czasu. Ostrej muzyki techno nie słucham w ogóle, ona mnie męczy. Jak raz poszłam na techno party, to wydawało mi się że przez dwie godziny leci ten sam kawałek.
Jednak w utworze tytułowym słychać bardzo ostry rytm, rzecz w stylu hardcore techno...
Fajnie, że to powiedziałeś, bo boję się, że ludzie mniej osłuchani w klimatach powiedzą, że to jakiś chamski dance, jaki można na Vivie zobaczyć. Ten numer bardzo odstaje od reszty pod względem muzycznym... Myślę zresztą, że tekst wszystko tłumaczy: "Milena to dziwka".
Ostro. Wyjaśnij, o co chodzi.
Miało być jeszcze ostrzej... W rzeczywistości dziewczyna z piosenki jest tylko niezwykle prowokująca z wyglądu. Ma do tego prawo - tak się po prostu lubi ubierać. Refren wyjaśnia, że ona jest bardzo wrażliwa, prawdopodobnie z nikim nie spała: "Milena to dziwka, tak zwykli mawiać ci, co jej nie mieli, a bardzo chcieliby mieć". Kobiety jej nienawidzą - bo zazdroszczą wyglądu, mężczyźni - bo żaden nie może się pochwalić kolegom, że ją miał. Generalnie chodzi o to, żeby nie oceniać ludzi powierzchownie. Nawet mnie się coś takiego przytrafiło. Uważam, że jestem bardzo uczciwą kobietą - muszę się zakochać, żeby pójść do łóżka. A osobiście słyszałam wieści z Polski, że ten ze mną spał, i tamten. Na imprezach się opowiada takie rzeczy. Pomyśl - gdybym wyglądała bardziej prowokująco...
Płytę promuje zabawny utwór wykonywany wspólnie z Kazikiem, łoicie tam skórę jakiemuś krytykowi. Jak doszło do tej współpracy?
Piosenka nazywa się "Zoil", to słowo pochodzi z greki i znaczy "złośliwy krytyk". Szanuję pracę krytyków, ale niczego bardziej nie cierpię, niż bezpodstawnego, upierdliwego czepiania się. Które się często zdarza. Na początku wykonywałam numer z dużym zacięciem, był bardzo walczący, dopiero teraz zrobił się groteskowy. Zrobiliśmy go już na trasę "Puk puk". Ale niezbyt przekonująco śpiewałam, bo tam była lekko rapująca linia wokalna - nie mam czuja do takich rzeczy. Słuchamy kiedyś sobie tego w kilka osób i nagle olśnienie: Kazik! Tak jak byśmy wszyscy podświadomie słyszeli go w głowie. Mówię: "Nieee, on się nigdy nie zgodzi. To jest postać, on nie musi z kimś śpiewać. Poza tym ma tyle rzeczy na głowie..." Ale miałabym pretensje do siebie, gdybym nie spróbowała. Z oporami do niego poszłam i zaskoczenie - zgodził się. Kiedy to zaśpiewał w studiu, poczułam się niezwykle wzruszona. Pierwszy raz w życiu usłyszałam, że ktoś - kogo niesamowicie cenię - śpiewa mój tekst. To było nieprawdopodobne przeżycie.
W większości teksty na Milenie są chyba zdecydowanie cieplejsze, na pewno mniej dosadne. Czy na poprzedniej płycie musiałaś się po prostu wykrzyczeć? Bo był trudny okres, bo macierzyństwo...
Rzeczywiście są cieplejsze. To jest właśnie dziwne: muzyka jest trochę bardziej nerwowa, a teksty spokojniejsze... Macierzyństwo było akurat najbardziej pozytywną sprawą w tamtym czasie, właściwie dzięki temu byłam w stanie przetrwać rzeczy, które działy się dookoła. Było kiepsko, na przykład z firmą... W czasie nagrywania tamtej płyty zatraciłam poczucie wolności. Pod każdym względem. Być może dlatego używałam tak wielu dosadnych określeń. Odebrałam sygnały, że teksty na "Puk puk" były niesmaczne, że jakieś paskudztwa wypisuję. Przebrzmiała gwiazda napisała, że śpiewam piosenki higieniczne... Ja wtedy po prostu potrzebowałam takich słów, przechodziłam w życiu drugi okres buntu. A teraz czuję się wolna - nie mam potrzeby udowadniania czegokolwiek komukolwiek. Poza tym po "Puk puk" wiele osób stwierdziło, że mój styl polega właśnie na pisaniu o wątrobach, nerkach i tym podobnych rzeczach. Nie odcinam się od tego, to jest bardzo ludzkie - takich słów używamy na co dzień. Nie chciałam tylko, żeby ludzie mówili, że wiozę się na tym patencie...
Coś tam chyba jednak zostało? Jest tu taki tekst: I tym razem się udało/znów zakwitłam na czerwono między udami. Jak na moją skromną orientację, to przecież o miesiączce...
No tak (śmiech). Ale tekst dotyczy szerszej sytuacji, a nie fizjologii. Bardzo powszechnej, comiesięcznej, stresującej sytuacji, która następuje po tym, gdy para - niekoniecznie chcąc zostać rodzicami mimo wszystka uprawia seks. Życie, po prostu. Nie wymyślam tematów, żeby kogoś epatować... Mogłam to napisać wprost. Starałam się jednak jakoś kamuflować.
Generalnie dobrze się czujesz w stylistyce zbliżonej do turpistów - proste rzeczy przedmiotem poezji?
"Puk puk " starano się przypisać do takiego nurtu... Ale nie zgadzam się na jakiekolwiek porównania tego, co piszę do poezji. To są po prostu teksty, nawet się o poezję nie ocierają. Nie umiem wymyślać wyszukanych przenośni - najlepiej posługuję się słowami używanymi na co dzień. One są zresztą najbardziej prawdziwe.
Czy masz świadomość, że jeden z numerów, ze słowami Nie idź mój miły na wojnę, bo nie zmrużę oka, może kojarzyć się z Maanamem?
Są tu akurat takie słowa, bo numer powstał do filmu "Demony wojny" Władysława Pasikowskiego. Nie umiem pisać na zadany temat, nie potrafię ułożyć protest songu o wojnie. Stwierdziłam, że jedyne co mogę zrobić, to napisać to z pozycji kobiety. Wiem, że Kora zrobiła tak pierwsza, wiem, że tekst budzi z nią skojarzenia. Ale nie, wyobrażałam sobie, tego po prostu w inny sposób.
Nie odstręcza cię nagromadzenie przemocy u tego reżysera?
Widziałam film i on jest wbrew pozorom bardzo mądry. Mówi o tym, że ci kolesie boją się umierać, że to nie jest ich wojna. Że często jechali do Jugosławii, żeby zarobić pieniądze, bo nie starczało im na chleb w domu... Oczywiście ludzie, którzy chodzą do kina, żeby usłyszeć słowo "kurwa", usłyszą je w nim, i ono przesłoni im wszystko. Ale to nie są "Psy", ten film jest bardzo smutny. Ja na nim płakałam.
Wydaje się, że - po okresie zawirowań - masz wreszcie w życiu komfortową sytuację. A tu w jednym z tekstów wyskakujesz ze stwierdzeniem: Jestem w życiu łajzą.
No bo jestem.
Czy nie jest to trochę asekuranctwo?
Bluźniłabym, gdybym powiedziała, że jest mi źle. Naprawdę mam dobrze w życiu, nie mogę narzekać. Ale widocznie brakuje wewnątrz mnie czegoś, co odpowiada za stuprocentową radość z miłych rzeczy. Im jestem szczęśliwsza, tym bardziej boję się utraty tego szczęścia. Z drugiej strony ktoś mi powiedział, że gdybym taka nie była, gdybym nie miała takich problemów, to już nie byłabym tą samą osobą. Na pewno nie śpiewałabym w zespole.
Życie przyniosło ci jeszcze jedną zmianę. Rok temu mówiłaś, że właśnie dostajesz mieszkanie w Warszawie. Teraz zamieszkałaś na wsi. Skąd ta decyzja?
Mieszkanie w Warszawie z przyczyn niezależnych ode mnie, w bardzo paskudny sposób nie zostało zrealizowane. Wynajmowaliśmy coś, ale kiepsko się żyje w cudzym domu z małym dzieckiem. Zaczęliśmy szukać. Ponieważ w Warszawie trzeba zarabiać jak Michael Jackson, żeby sobie pozwolić na kupno mieszkania, okazyjnie znalazłam coś za miastem. Tam jest pięknie. Wprowadziliśmy się w lecie: kładliśmy dziecko spać, wychodziliśmy na zewnątrz, siadaliśmy na drewnianej ławeczce, słońce zachodziło, pachniało maciejką, unosiła się jakaś mgła... Niesamowite, nie da się tego opisać. Wydawało mi się, że chciałabym żyć w ten sposób, ale dopiero na starość. A tu w wieku dwudziestu siedmiu lat wróciłam do natury.
 
 
rozmawiał: Bartek Koziczyński
materiał: 4/98 TYLKO ROCK
 
 
Copyright © 2001 - 2018 | Designed by Wankom                   
stat4u