jesteś 
 gościem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
"Twoja Gwiazda": - Jest Pani jedną z najpopularniejszych wokalistek. Czy już jako mała dziewczynka podśpiewywała Pani, marząc tylko o karierze piosenkarki?
Kasia Nosowska: - Gdy byłam mała, to chciałam pracować na poczcie. Bardzo mnie fascynował wielki stempel i sterty papierków. Ja sama tego nie pamiętam, ale opowiadała mi moja mama, że od trzeciego do piątego roku życia z chęcią udzielałam się, gdy tylko trzeba było coś zaśpiewać lub wyrecytować. Później przyszedł okres wstydu, który trwał bardzo, bardzo długo. Moje śpiewanie miało ścisły związek z tym, że poznałam ludzi, którzy grali w zespole i strasznie mi się spodobało. Po raz pierwszy o śpiewaniu na poważnie pomyślałam w OHP. Pojechałam wtedy zbierać jabłka do NRD. Tam poznałam chłopaka, który grał na gitarze w zespole punkowym. Zaprosił mnie na próbę, poszłam tam, spodobało mi się i pomyślałam, że to jest właśnie to co chciałabym robić.
"T.G.": - Co w śpiewaniu było takiego wyjątkowego?
K. N.: - Wydawało mi się, że ludzie, którzy grają w zespole, są tacy wyjątkowi, że robią takie ważne rzeczy. Zupełnie inne niż wszystko, co robiły moje koleżanki. One umawiały się z chłopakami i chodziły na dyskoteki. Mnie się wydawało, że to nic w porównaniu ze śpiewaniem w zespole.
"T.G.": - Okazało się, że miała Pani rację. Szybko przyszły pierwsze sukcesy, a wraz z nimi sława, która jednak ma dwa oblicza.
K. N.: - Pierwszy etap bycia sławnym jest fascynujący. Natomiast w pewnym momencie staje się to normalne, a później zaczyna drażnić. Nie mogę powiedzieć, że miałam i mam mnóstwo znajomych, że jestem duszą towarzystwa. Raczej zawsze byłam typem samotnika. Nagle okazało się, że ludzie mnie lubią. To jest bardzo budujące, człowiek zaczyna się dobrze czuć i lubić siebie. Wprawdzie mam swoje życie, swój bardzo maleńki świat, ale to nie jest moje jedyne życie. Żyję również w umysłach wielu osób. Z listów, które otrzymuję, wynika, że jestem tym ludziom potrzebna, że dzięki mnie ktoś zmienił swoje życie, komuś jest lepiej na świecie, ktoś inny zmienił sposób patrzenia na coś tylko dlatego, że cos powiedziałam lub zaśpiewałam. Najbardziej zaskakujące są zawsze listy z więzienia, ponieważ tamten świat jest dla mnie czymś egzotycznym. Wydawało mi się, że jest totalnie hermetyczny i zamknięty, a tu nagle okazuje się, że oni słuchają mojej muzyki i potrafią ją odbierać.
"T. G.": - A ta druga strona medalu?
K. N.: - Z tego powodu, że jestem osobą znaną, mam pewne zahamowania. To jest ciężar popularności. Najbardziej mnie dołują takie zwykłe, życiowe sytuacje. Ludzie jakby zapomnieli, że jestem po prostu normalnym człowiekiem. Zdarza mi się ubrudzić ketchupem, przewrócić na ulicy, mieć dziurę w zębie. Czasami czuję się bardzo zażenowana, kiedy mam wezwać do domu lekarza, bo jestem np. chora na grypę. Wstydzę się, bo mam wrażenie, że on przyjdzie i będzie się na mnie gapił, a później na imieninach u cioci będzie opowiadał, jak wyglądałam.
"T. G.": - Czy ma Pani świadomość, że Pani teksty odgrywają bardzo dużą rolę w życiu wielu młodych ludzi?
K. N.: - Był taki okres, że bardzo to sobie brałam do serca i każdy gest na scenie i każde słowo w piosence ściśle podporządkowywałam temu, że ludzie utożsamiają się z nimi. Teraz stwierdziłam, że ci, których tak długo starałam się chronić, któregoś dnia po prostu o mnie zapomną. Nie mogę swojego jedynego życia opierać na tym, co o mnie sądzą i jak mnie odbierają inni ludzie. Nie mogę zwariować, a jedyną rzeczą , która mnie uchroni przed szaleństwem i cierpieniem, jest skoncentrowanie się na samej sobie. To jest problem innych ludzi, co oni z tym zrobią. Nie mówię w swoich tekstach "zróbcie tak", "to jest jedyna prawda', "jestem nieomylna" itd. Śpiewam dla ludzi i nic więcej dla nich zrobić nie mogę. Muszę chronić także siebie, bo umierać będę prawdopodobnie w samotności i nikt nie będzie mi towarzyszył w ostatniej drodze . Nie mogę się zatracić dla ludzi, muszę myśleć także o sobie.
"T. G.": - Teraz już nie tylko o sobie, ale i o swoim dziecku.
K. N.: - Nie mogę dopuścić do tego, żeby ktokolwiek zachwiał moją równowagę, bo mam pod swoją opieką istotę zupełnie bezbronną. Bardzo czekałam na dziecko, czułam się bardzo silna. Teraz dziecko też daje mi niezwykłą siłę. Zresztą, to nie jest jedyne dziecko, przed trzydziestką mam zamiar urodzić jeszcze dwójkę. Szczerze mówiąc, chciałabym, żeby to było za jednym zamachem, bo tak byłoby wygodniej (śmiech).
"T. G.": - Ciąża była nieplanowana i trochę zamieszała w Pani życiu, ale również w życiu Pani partnera?
K. N.: - Wierzę w to, że Bóg czuwa nade mną i tak musiało być. Świadomie nigdy bym się nie zdecydowała na dziecko dlatego, że zawsze było coś do zrobienia, zawsze był nieodpowiedni moment. Podejrzewam, że tak by było do końca życia. Nagle się okazało, że po prosu zaszłam w ciążę i wszystko ułożyło się w doskonały sposób. Gdy się dowiedziałam, że jestem w ciąży poczułam, że pragnę tego dziecka, jak niczego innego na świecie. Ciążę uważam za najpiękniejszy okres w swoim życiu. Jednak nie była to tylko moja decyzja, jest nas dwoje. Powiedziałam, że bardzo chcę urodzić dziecko, a jeżeli to dla niego jest zbyt poważna sprawa i nie da rady tego udźwignąć, to może odejść. Pozwoliłam mu dokonać wyboru. Oczywiście, zapytałam bez sensu, bo on się wtedy bardzo pogniewał, że coś takiego mogłam w ogóle powiedzieć. Jeżeli chodzi o mężczyznę, to mam wyjątkowe szczęście. Wydaje mi się, że wiele kobiet nie lubi ciąży, bo mają obok siebie beznadziejnych partnerów, którzy są zwyczajnymi frajerami.
"T. G.": - Jak wyglądał Pani pierwszy kontakt z dzieckiem?
K. N.: - Gdy tylko Mikołaj pojawił się na świecie, pielęgniarka natychmiast położyła go na moim brzuchu.
"T. G.": - Czy mąż był przy porodzie?
K. N.: - Wiele kobiet popełnia błąd, bo nalega, wręcz żąda, aby mężczyzna był przy porodzie. Panuje moda na naturalne porody. Powiedziałam, że byłoby mi miło i chciałabym, żeby był ze mną. Natomiast absolutnie mu nie kazałam. Chodziliśmy razem do szkoły rodzenia, oglądaliśmy porody na wideo, więc on wiedział, jak to wygląda i podjął samodzielną decyzję, że chce być razem ze mną. Moja położna, która odebrała miliard porodów, po wszystkim powiedziała, że najwyższe notowania ma u niej mój mąż.
"T. G.": - Skąd imię Mikołaj, dziś jest ono chyba trochę nietypowe?
K. N.: - Okazuje się, że jest jednak dosyć typowe. Kiedy się kogoś zapytam, jak ma na imię jego dziecko - to odpowiada Mikołaj. Wyniknęło to z tego, że po pierwsze - mój dziadek miał na imię Mikołaj, po drugie - to jest efekt kompromisu. Nagle okazało się, że mojemu mężowi podobają się zupełnie inne imiona niż mnie. Imię Mikołaj było jedynym, na które oboje mogliśmy się zgodzić. Poza tym znam co najmniej dwóch małych Mikołajów, którzy są niezwykłymi dziećmi i pomyślałam sobie, że to może w drobnej części jest zasługą imienia.
"T. G.": - Gdyby to była dziewczynka to jak miałaby na imię?
K. N.: Sasza.
"T. G.": - W Pani małym świecie poza dzieckiem jest jeszcze mąż...
K. N.: -Dokonaliśmy wyboru, mamy dziecko i jesteśmy bez wątpienia rodziną. Chciałabym się z moim mężem - mówię, że to jest mój mąż, ale nie mamy oficjalnego ślubu - spokojnie zestarzeć i ostatecznie spocząć w tej samej kwaterce. To jest człowiek, którego szukałam. Byłam w życiu kilka razy zakochana, ale prawdziwą miłość poznałam dopiero teraz. Ja nie mam wymagań tego rodzaju, żeby mężczyzna smarował się samoopalaczem, miał 190 cm wzrostu, ważył 100 kg i jeździł BMW, itd. On nie jeździ BMW, jest zwykłym człowiekiem. Poza tym jest bardzo chudy. Nie jest ideałem z marzeń większości kobiet.
"T. G.": - Czy jest Pani zazdrosna? W jednej z piosenek śpiewa Pani o zazdrości, która jest złotą klatką.
K. N.: - Mam świadomość, że zazdrość może między ludźmi wszystko zepsuć. Ale nieraz miałam ochotę mieć ludzi tylko dla siebie. Bardzo się bałam, byłam zaborcza i chorobliwie zazdrosna. Teraz zrozumiałam, że najważniejsze jest zaufanie. Nie mogę zabraniać mężowi wyjść z domu na imprezę samemu, myśląc, że tam nie wiadomo co się wydarzy. Jeżeli cokolwiek by się wydarzyło, to znaczy, że tak naprawdę on nie jest godny być ze mną. Ktoś, kogo ja kocham i ktoś, kto kocha mnie, nie szuka "na boku". Natomiast jeżeli to zrobi, to bez żalu się z nim rozstanę. Nie potrafiłabym wybaczyć zdrady, zresztą Adam o tym wie.
"T. G.": - Rodzina pojawiła się w Pani życiu, kiedy tuż obok była wielka kariera, płyty za granicą, MTV. Czy trochę Pani nie żałuje?
K. N.: - Kariera przemija szybciej niż cokolwiek innego, nie można budować swojego życia na karierze. Nie można się przyzwyczaić do sławy i list przebojów, bo to nie jest ważne. Jedyne co usprawiedliwia nasze istnienie, co nadaje naszemu życiu sens, to właśnie rodzina.
 
 
rozmawiał: Marek Dziewięcki
materiał: Twoja Gwiazda
 
 
Copyright © 2001 - 2018 | Designed by Wankom                   
stat4u