jesteś 
 gościem
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Zmęczona? Myślałem, że nagrywanie kolejnej płyty to wielka radość i przyjemność.
- Jasne że tak, tylko że sam proces twórczy nie ogranicza się niestety tylko i wyłącznie do procesu twórczego. Okazuje się, że towarzyszą mu inne różne - nazwijmy je - uboczne atrakcje, które już nie do końca mnie bawią. Czyli że na przykład nie można ot tak, po prostu, nagrać sobie płyty, trzeba jednak jakiś element kalkulacji w tym wszystkim zaakceptować. A więc wszystko musi być na czas, bo proces produkcyjny trwa "tyle i tyle" i żeby zdążyć z premierą trzeba ukończyć nagrania do "tego i tego". W związku z tym, że - mogę chyba zaryzykować takie stwierdzenie - jest to produkcja nisko budżetowa, bo takie są wszystkie moje produkcje, to wszystko również jest dokładnie przeliczane, jest to dość stresujące, że masz pieniądze na studio takie a nie inne, pieniądze na teledysk taki a nie inny i trzeba do tej... "produkcji pieniędzy" naginać sztukę. Żeby się wyrobić i żeby było jak należy. To jest strasznie przykre i chyba nie tak powinno to wyglądać.
A jak?
- Powinno być komfortowo. (w tym miejscu na twarzy Kasi pojawia się piękny uśmiech i jakieś rozmarzenie w oczach... - przyp.GK). Czyli po prostu, to ja mam totalnie grubaśne konto, sama sobie wyjmuję z niego pieniądze, które przeznaczam na studio dowolnie przeze mnie wybrane i siedzę sobie w tym studiu, ile mi się podoba. Staję za mikrofonem tylko i wyłącznie w momencie, kiedy czuję, że jestem w wyśmienitej formie głosowej i psychicznej. I wtedy sobie nagrywam. I nie czuję się w żaden sposób ograniczona przymusem "promocji", bo nie muszę się promować. Wystarczy, że szepnę znajomym, że właśnie nagrałam płytę, no może powiem to jeszcze w jednej "ulubionej" gazecie i te osoby, które są zainteresowane, sięgną po moje nagrania... Jest to jednak przykre, że trzeba ciągle myśleć o takich przyziemnościach, które odzierają z magii cały ten proces. Boli mnie to.
Skąd pomysł na tą płytę? Chyba nie jest to tak, że Kasia Nosowska leży sobie w łóżku, czyta książkę, słucha jakieś muzyki i jak Pomysłowy Dobromir nagle stwierdza, że nagra płytę?
- No nie. Podejrzewam, czy może raczej zaobserwowałam taką prawidłowość, że, płyty solowe są dla mnie formą odreagowania nagrań z Heyem. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że jednak jakiś podział na Kasię z Heya i na Kasie, solo w którymś tam momencie się dokonał. I, co chyba najważniejsze, czuję się swobodnie w obrębie moich solowych dokonań. Bo tutaj muszę toczyć walkę tylko z jednym Smolikiem (Andrzej Smolik, odpowiedzialny na nowej płycie Kasi Nosowskiej za muzykę -przyp. GK), a w Heyu z czterema innymi gagatkami. Tak że jest to łatwiejsze.
Co powstaje najpierw?
-Zawsze, w jakimś sensie, niestety, pierwsza powstaje muzyka. Kiedyś było tak, że nie pisałam nic do szuflady. Nie, odczuwałam takiej potrzeby. Teraz posiadam mnóstwo tekstów i to takich, z których jestem naprawdę dumna. Ale tak się jakoś dziwnie składa, że one w ogóle się nie nadają do tego, by je zaśpiewać.
Może więc w takim razie jakiś tomik wierszy?
- O nie, "wiersze" w odniesieniu do tych tekstów byłoby bardzo naciąganym określeniem. Ale myślę, że chyba powinnam coś z nimi zrobić, bo szkoda mi tego. One jakby w pełni opowiadają o tym, co mnie w danym momencie zajmowało. Są naprawdę do bólu spontaniczne i szczere. Bo piosenka, jej skostniała forma ogranicza mnie jako autorkę. Tu trzeba się nagiąć do rytmu, trzeba się nagiąć do linii wokalnej, która ma tyle a tyle sylab. To nie jest fajne... A w związku z tym, że nie jestem szkolną pisarką, nie znam tylko wszystkich zasad, podziałów, na zasadzie: ile powinno być tum czegoś w danym wersie, żeby to się już liczyło jako fajny wiersz czy fajny tekst. A tak, ja kompletnie nie stosuję żadnych ograniczeń w tym pisaniu do szuflady. I być może dlatego one nie dadzą się zaśpiewać, bo po prostu brak im określonego rytmu.
Z tekstów na płytę, najbardziej podoba ci się...
- Bardzo lubię ten o... kuru kum. Ze słowami w stylu: Mam na imię Kasia (przed włączeniem magnetofonu zwierzyłem się jej, że ta piosenka spodobała mi się najbardziej - przyp. GK).Jak zwykle w mojej twórczości, tytuł powstaje na dwie minuty przed wydaniem płyty. Co do pozostałych piosenek, wszystkie powstały tylko i wyłącznie dlatego, że po prostu miałam ochotę je napisać. Ale jak już mówiłam, byłam zdruzgotania tym, że nie mogłam się w obrębie nich swobodniej poruszać, swobodniej żonglować słowami. Niestety trzeba było (przemyślenia) naginać do formy piosenki.
Jest kilka piosenek jakby po angielsku...
- MV są po angielsku. Jakby się bliżej wsłuchać, wyjdzie na to, że. jest to taki.., normsko-angielski bełkot (słuchałem ich z kasety, na starym, rozsypującym się walkmanie, raptem dwie godziny przed wywiadem - przyp. GK). I tak już raczej zostanie, Oczywiście do wszystkich piosenek planowałam polskie teksty, ale okazało się że do niektórych jest to po prostu niemożliwe. Każda próba zastąpienia polskimi słowami norweskiej wersji była gorsza. Po prostu brzmiało to słabo. A w związku z tym, że w obrębie solowych projektów nie stosuję żadnych ograniczeń potraktowałam to tak, że do tych piosenek tekstu nie ma. Jest głos jako głos. A jak ktoś bardzo chce, to niech w miejscu tych "trzech kropek " sam sobie wstawi jakiś tekst.
Myślisz, że słuchacze coraz lepiej cię poznają dzięki twoim tekstom?
- Raczej dosyć emocjonalnie podchodzę do myśli, które przelewam na papier. To jest bardzo osobista wypowiedź na tematy, których nie muszę znać do końca z autopsji. Fiszy też o sprawach, o które być może sama się nigdy nie otarłam. Nawet jeśli śpiewam w pierwszej osobie, to w większości oznacza to tytko tyle, że jedynie opowiadam to, co mi się wydaje na jakiś tam temat. Natomiast przypuszczenie, że Poprzez moje teksty ktoś pozna mnie jako człowieka, jest bardzo naciągane i raczej nieskromne.
Zaśpiewałaś na płycie poświeconej Annie Jantar. I twoja wersja piosenki Wielka dama tańczy sama jest jak z innej bajki. Nie ma niby-stylu, jest rzecz jakby typowa dla ciebie...
- Od jakiegoś czasu żyję w przeświadczeniu, że traktuje, się mnie w jakiś dziwny sposób na mieście. Że ludzie w przedziwny sposób się mnie obawiają, że mnie badają, głowią się nad tym: co ona sobie myśli? Generalnie postrzega się mnie jako osobę dziwną, Właśnie z innej bajki. I pewnie dlatego wpadli na pomyśl, by zrobić aranżację pode mnie. I ta piosenka, to jest właśnie wyobrażenie o aranżacji pode mnie. Czyli są tam takie rammsteinowskie, rzężące gitary, które podejrzewam mają nawiązywać do ostrej muzyki, jaka wykonuje zespół Hey oraz bogato intrukstowany, syntetyczny loop, który jest jakby próbą nawiązania do moich solowych dokonań. A więc taki miksik heyowo-nosowski. Byłam trochę zdziwiona, zaskoczyło mnie, że w taki sposób myślą o mnie, że to jest właśnie mój klimat. Ale zrobiłam to. Tylko że nie o to w tym wszystkim chodziło. Ta propozycja została przeze mnie zaakceptowana na poziomie czysto ludzkim. Zadzwoniła do mnie dziewczyna, której właściwie prawie nie znam, powiedziała mi o swojej mamie, wiedziałam, że jest to jakieś szczególne wydarzenie, a nie jakiś tam zwykły, kolejny koncert. Prawdopodobnie nie zgodziłabym się na żaden duet, na nową płytę, bo nie czuję takich soulowych klimatów w których Natalia (Kukulska -przyp. GK) czuje się świetnie. To było coś po prostu innego. Poprosiła mnie o to i ja się zgodziłam... Oczywiście odezwały się zaraz dramatyczne głosy, że to jakaś zdrada, że jak mogłam wystąpić z kimś z popu na jednej scenie, łże niewybaczalny błąd. A ja strasznie się wściekłam. Chrzanie, te wszystkie środowiskowe animozje. Ja nie chcę przynależeć ani do tych z undergroundu, ani do tych popu. W obrębie obu grup są fajni ludzie, którzy po prostu są fajni, bo są tak skonstruowani. W sensie ludzkim są interesujący. Ale są też i gnoje, i szumowiny. Tu i tam. Poza tym to już zaczyna trącić jakimś rasizmem. Co to znaczy, że ja nie mogę z kimś zaśpiewać! I im bardziej ktoś mówi mi, że czegoś mi nie wolno robić, tym chętniej to robię. Generalnie, po dziesięciu latach, które minęły od buntu zwązanego z okresem dojrzewania, przeżywam absolutnie dojrzały bunt. Przeciwko wszystkiemu i wszystkim. W ogóle nie interesują mnie jakiekolwiek społeczne oczekiwania wobec mnie. Żadne. Nawet za cenę odejścia z tego świata w samotności.
 
 
rozmawiał: Grzesiek Kszczotek
materiał: Tylko Rock 5/2000
 
 
Copyright © 2001 - 2018 | Designed by Wankom                   
stat4u